5 września 2012

Bułgaria - Słoneczny Brzeg

Znaleźliśmy w internecie ofertę pokoju w Bułgarii za 1200zł na dwa tygodnie. Po rozmowie z właścicielem okazało się, że nie interesuje go ile ludzi będzie w nim przebywać. Więc postanowiliśmy jechać w 4 osoby. Ustaliliśmy pobyt w słonecznej Bułgarii na 19.08-2.09.12. Gdy zaczął się zbliżać termin wyjazdu, nadal nie mieliśmy czwartej osoby, więc w końcu wyszło, że pojechaliśmy w trójkę.

W dzień planowanego wyjazdu (16.08) kolega miał problemy związane z brakiem prądu, przez to nie mógł się spakować i nasz wyjazd ociągnął się o dwie godziny. Wyjechaliśmy po północy.
Mieliśmy do pokonania 2 tys. km samochodem.




Po wyjeździe z miasta okazało się, że panowie źle się zrozumieli ustalając kto drukuje mapy podróży i tak zostaliśmy bez mapy. Jednak mieliśmy jeden komputer i będąc w Polsce pozapisywaliśmy część mapek. Męska część naszej ekipy przekazywała sobie co parę godzin kierownicę, dzięki czemu druga osoba mogła położyć się na tyle samochodu i spać. Udało nam się pokonać polskie drogi po około 12h, strasznie długo. Po przejechaniu granicy Polsko-Słowackiej za oknem pojawiły się piękne widoki.



W małych miasteczkach było widać już pełno Rumunów, strach było wyjść z samochodu do sklepu. Po kilku godzinach miłej podróży docieramy do kolejnego przejścia granicznego. Stara rudera z dziurawymi drogami. Pełno jakiś oznakowań, czyli jazda slalomem przez opuszczone przejście. Żegnaj Słowacja, Witajcie Węgry. 
Straszny upał na dworze, postanawiamy nie wychodzić na długo z samochodu. Szkoda czasu, zwiedzać będziemy w powrocie. Przy drogach sprzedawali ogromne arbuzy. Niestety nie zatrzymaliśmy się, później żałowaliśmy, bo nigdzie już nie było takich wielkich.

Czeka nas pierwsze przejście graniczne, gdzie należy pokazać dowody bądź paszporty celnikom, wszystko odbywa się bez najmniejszych problemów i po chwili jesteśmy już na ziemi rumuńskiej.
Po wjechaniu do Rumunii należało kupić winietkę za 10 euro tuż przy granicy. Po przejechaniu kilku kilometrów poczuliśmy się jak w innym świecie. Rumuni siedzieli przed domami całymi rodzinami i obserwowali drogę. Jeżeli ktoś narzeka na nasze drogi powinien pojechać tam i zobaczyć na prawdę jak wyglądają dziurawe drogi. Miejscami strach jechać szybciej niż 40 km/h. Drogi kręte, dziurawe, na dodatek słabe oznakowania. Przetrwaliśmy nocną podróż i docieramy do granicy Rumuńsko-Bułgarskiej w Russe. Czeka nas przejazd przez wieeeelki, dłuuugi most przez rzekę Dunaj, niestety trzeba płacić 6 euro.




Jak wiadomo Bułgaria nie należy do Schengen i czeka nas jeszcze odprawa. Kolejka dość krótka przy granicy biega pełno bezpańskich psów. Ludzie rzucają im z samochodów jakieś kanapki, psy biegają od samochodu do samochodu.


Udało nam się dojechać do Bułgarii bez większych przystanków. Tutaj znowu trzeba zakupić winietki tym razem 10 euro na dwa tygodnie. Jadąc ciągle według drogowskazów dotarliśmy do Słonecznego Brzegu. Dojazd był trochę męczący, bo mieliśmy do pokonania ciągłe wzniesienia i zakręty.


W Bułgarii przywitało nas bardzo ciepłe powietrze, czego nie czuliśmy wcześniej w klimatyzowanym aucie. Nasz ośrodek Sunny Day 5 znaleźliśmy bez żadnych problemów. W pokoju było jedno wielkie łóżko, które zarezerwowaliśmy sobie jako para, kolega spał na przywiezionym przez siebie materacu.

Postanowiliśmy się ogarnąć i pojechać na zakupy. Pierwszy dzień minął bardzo szybko zrobiliśmy sobie obiad, wypiliśmy wcześniej zakupiony alkohol i poszliśmy spać. Drugi dzień postanowiliśmy przeznaczyć na zobaczenie miasta oraz plaż. Wszędzie pełno ludzi, tłok. Po krótkim plażowaniu stwierdzamy, że trzeba zrobić zakupy.
Nasz żywiciel nazywał się Penny Markt. Ceny obowiązujące w Bułgarii nie różnią się niczym od polskich, jedynie można znaleźć o wiele tańszy alkohol. Przy regale z wysokoprocentowym napojem ukazał się Black Ram, świetne whiskey. Tak nam zasmakowało, że do ostatniego dnia wypoczynku nie mogliśmy się z nim rozstać, a kosztował jedynie 8 Leva. Po powrocie rozrobiliśmy swój napój z colą schłodziliśmy go i postanowiliśmy iść na basen na ośrodku. Tak spędzaliśmy prawie każdy wieczór. Nie będę pisać co robiliśmy dzień po dniu, bo ciężko to zapamiętać wszystko, a na dodatek to nie jest pamiętnik.

Pewnego razu wybraliśmy się do Aqua Parku. Chyba jeden z najlepszych naszych dni całej podróży. Prawie cały dzień nic innego nie robiliśmy tylko zjeżdżaliśmy z przeróżnych zjeżdżalni. Jedyny minus tego, że trzeba czekać w długich kolejkach na swój zjazd, ale to chyba w każdym takim miejscu jest to samo.






Po kilku dniach leżenia i nic nie robienia stwierdziliśmy, że trzeba coś zobaczyć. Udaliśmy się w podróż do Varny.

 rzeźba Mikołaja Kopernika

 Muzeum Marynarki Wojennej w Warnie

 Termy rzymskie, a raczej pozostałości po nich

 Katedra NMP

Wracając do Słonecznego Brzegu ukazały nam się pola winogron. Wiadomo, że Polak musi coś skrobnąć sobie. Były tak słodnie i soczyste, aż postanowiliśmy kilka kiści sobie zabrać na później.

Innym razem udaliśmy się do Nessebaru wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Jest to bardzo urokliwe, stare miasto połączone ze stałym lądem wąskim pasem lądu, utworzonym przez ludzi.










Zwiedziliśmy jeszcze Tracki Grobowiec w Pomorie, wejście było płatne 2lewy/os., oprócz starych potłuczonych dzbanków  nie było tam nic godnego uwagi.





Rumunia w drodze powrotnej wyglądała bajecznie, co chwila przystawaliśmy przy malowniczych widokach lub pięknych kościołach. Często było widać w oddali kościółki na pagórkach, jednak nie zdążyliśmy tego uchwycić aparatem.






Cerkiew prawosławna w Sighișoarze





Oddalając się od Bułgarii zwiedziliśmy też zamki, których na swojej drodze napotkaliśmy kilka. Weszliśmy do zamku Drakuli, gdzie był tłum zwiedzających. Ostatni zamek, będący usytuowany na górze zrobił z dołu na nas duże wrażenie, jednak po wejściu na górę okazało się, że to są jedynie ruiny i do tego w remoncie.


Zamek Drakuli:







 pas cnoty



 widok z zamku



Ruiny zamku








Ciekawą rzeczą było to, że jadąc sobie spokojnie drogą spotkaliśmy zwierzęta przechodzące przed samochodem. Szły całą jezdnią, czasem nie było widać nawet żadnego człowieka, pilnującego ich. Jedynym rozwiązaniem było czekać aż przejdą.



Przejeżdżając przez Rasnov, chcieliśmy zobaczyć zamek. Jednak nie wiem czy powodem było nasze zmęczenie, czy to było przeoczenie ale nie znaleźliśmy wejścia na górę na której on stał.


W Brasov, które jest uważane za jedno z najpiękniejszych miast Transylwanii, wybraliśmy się na spacer z aparatem. Na starym rynku kupiliśmy pyszne pralinki.

















Ostatnim miejscem, które zwiedziliśmy było stare miasto - Sighisoara. Niezwykle urokliwe i o dziwo dosyć spokojne miasto. Przeszliśmy się, nie było takiego tłumu jak w Brasov. Niestety nie uchwyciłam na zdjęciu drewnianego tunelu, w którym podchodziło się do góry. W środku dwóch panów grało na gitarach, tunel + muzyka tworzyły ze sobą wspaniały klimat.











Koszt podróży:
nocleg - 400zł/os
paliwo - 400zł/os
jedzenie, zakupy - ok.200zł/os
aquapark - ok 40 BGN/os

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz